Loading...

Blog

Ogród, czyli moja życiowa szkoła pokory

dzielżan

Zaczynało się niewinnie – kilka roślinek, trochę ziemi i ambitny plan stworzenia ogrodu marzeń. Dwadzieścia lat później wiem, że ogród to nie tylko hobby, to styl życia. Czasem błotnisty, często chaotyczny, ale zawsze pełen lekcji, które żadna książka ogrodnicza nie potrafi przekazać.


Kiedy ponad dwadzieścia lat temu postanowiłam założyć ogród, miałam przed sobą białą kartkę. No dobrze, może bardziej zieloną – z trawą, chwastami i kilkoma nieśmiałymi kępami mleczy, które uparcie udawały roślinność ozdobną. Patrzyłam wtedy na ten kawałek ziemi z mieszaniną ekscytacji i przerażenia. „A co, jeśli coś posadzę źle?” – pytałam samą siebie. Jakby ktoś miał mnie egzaminować i wpisać ocenę do dzienniczka: „Sadzonki posadzone na trójkę z minusem”.

Dziś już wiem, że ogród to nie egzamin, tylko niekończąca się przygoda – trochę szalona, trochę błotnista, ale zawsze pełna życia.

Faza pierwsza: szał zakupowy

Kiedy tylko zaczęłam kupować rośliny, przepadłam. Totalnie. Szkółki roślin widziałam wtedy jak inni widzą sklepy z butami – każda odmiana opuncji musiała być moja! Rarytasy, egzotyki, dziwadła botaniczne, które absolutnie nie mają szans przeżyć zimy na Mazurach? Oczywiście, że je brałam! Bo przecież na pewno jakoś je ochronię, a jak nie, to przynajmniej przez chwilę będą piękne.

To był okres, w którym mój ogród przypominał coś pomiędzy ogrodem botanicznym a laboratorium szalonego naukowca. Sadziłam wszystko, wszędzie, a potem… przesadzałam. I znowu sadziłam. Czasem rośliny tego nie wytrzymywały. No cóż 😉

Faza druga: rodzinne kolizje

Nie mogę nie wspomnieć o moim małżonku – dzielnym operatorze kosiarki, który w pocie czoła pielęgnował trawnik. Niestety, jego szlachetna misja często kończyła się „ogrodniczymi stratami”. Drzewka posadzone „na oko” znikały z powierzchni ziemi z prędkością godną profesjonalnego kosiarza. Jeśli też kiedyś słyszeliście charakterystyczne „chrup” i wiedzieliście, że to właśnie Wasza ukochana jabłonka padła w nierównej walce z ostrzem kosiarki – witajcie w klubie!

Faza trzecia: oświecenie (czyli mniej znaczy więcej)

Po latach szaleństw przyszło opamiętanie. Zrozumiałam, że ogród to nie wyścig o tytuł „Największego Kolekcjonera Egzotycznych Krzewów w Powiecie”. To miejsce, które żyje własnym rytmem – czasem bujnie, czasem kapryśnie. Zaczęłam doceniać rodzime gatunki, skromne byliny, które nie potrzebują tropikalnych warunków ani codziennej opieki. Ogród stał się moim nauczycielem – pokory, cierpliwości i wdzięczności.

Dziś nie ścigam się już na ilość roślin, tylko na ilość chwil spokoju spędzonych między rabatami. I wiecie co? To dopiero jest luksus.


A Wy?
Jak wyglądały Wasze początki ogrodnicze? Czy też mieliście „fazy kolekcjonerskie”? A może nadal zmagacie się z kosiarką, która prowadzi własną politykę przestrzenną?
Podzielcie się w komentarzach – niech ogród jednego będzie lekcją (albo przestrogą 😅) dla drugiego!

Inspiruję doświadczeniem ogrodniczym i pokazuję, że aranżacja ogrodu wcale nie musi być skomplikowana. Moje doświadczenie opiera się na nieustannie kontynuowanej edukacji ogrodniczej popartej wieloletnią praktyką zawodową. Jestem właścicielką Ogrodów Pokazowych na Mazurach "Ogrody Markiewicz". Zawód wykonywany: edukator ogrodnik , projektantka ogrodów. Wykształcenie: doktor nauk ekonomicznych

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zapisz się na newsletter!